TRAUMA – Wpływ traumy na psychikę

trauma

N e u r o k o g n i t y w i s t y k a  w  p a t o l o g i i  i  z d r o w i u,  2 0 0 9 – 2 0 1 1

P o m o r s k i  U n i w e r s y t e t  M e d y c z n y  w  S z c z e c i n i e 106–119

ALINA RADNY WPŁYW TRAUMY NA PSYCHIKĘ. PSYCHOTERAPIA OFIARY* *

Praca pod kierunkiem prof. dr. hab. n. med. Jerzego Samochowca

 

Napisano na ten temat już wiele mądrych tomów. I bardzo dobrze, bo wszystko, co związane jest z człowiekiem i jego złożonym sposobem przeżywania świata jest bardzo ważne – może tylko teraz chciałoby się jeszcze więcej innego spojrzenia na ujęcie wpływu traumy i sposobów powrotu do zdrowia po jej przeżyciu – poprzez wzrost zbiorowej świadomości co do jej poważnych, długoterminowych konsekwencji oraz sposobów wyjścia z niej. Niniejsze opracowanie, ze względu na jego krótką formę, jest tylko niewielką cząstką dotyczącą tego tematu i w pewien sposób niestety spłyceniem tego tak ważnego dyskursu, a omawiany temat znajduje obecnie głęboki i poruszający wydźwięk w mojej pracy terapeutycznej. Pozycja psychoterapeuty i kognitywisty, ale i kiedyś – ofiary określa charakter zawartych tu przeze mnie treści.

Bo mnóstwo ludzi nosi ślady obrażeń, którymi nie zajęto się w porę, z niewiedzy lub przez zaniedbanie.

Moim celem jest pokazanie choćby cząstki przeżyć i dramatu ofiar; tego, co dzieje się z ich umysłem, ciałem, duchem – w wyniku bezwzględnego okrucieństwa drugiego człowieka wobec nich. Bo natura naszych myśli prowadzi tak do przeszłości, jak i przyszłości, do stojącego poza czasem naszego umysłu. Nie musi być naznaczenia traumą na całe życie człowieka. Życie „po” jest możliwe. Uwolniony od przeszkód, od traumatycznych wspomnień, mózg zdolny jest wtedy do zadziwiających dokonań… Ofiara, która osiągnęła poczucie wspólnoty z innymi może odpocząć po ciężkiej pracy i powrócić do normalności. Przed sobą ma teraz po prostu zwyczajne, ciekawe życie… Praca ta ma również kontekst osobisty; dedykuję ją moim Ukochanym Dzieciom i tym wszystkim Wspaniałym Ludziom, którzy potrafią (i tym, którzy też chcieliby) uwierzyć w drugiego człowieka, spojrzeć w niego, zrozumieć jego smutek, z życzliwością podać mu rękę… wierzyć i ufać… Zrozumienie traumy jest poza zasięgiem rozumu i naszej – ludzkiej wyobraźni, bo traumatyczne wydarzenia wykraczają poza zwykły porządek społeczny; porządek rzeczy, który daje ludziom poczucie sensu, bezpieczeństwa, związku z innymi, kontroli, przekraczają one zwykle też nasze zdolności przystosowawcze. Zmuszają też często człowieka do konfrontacji z poczuciem skrajnej rozpaczy, bezradności i przerażenia, wywołując jednocześnie jego dramatyczne reakcje. Jeśli sprawcą ich jest człowiek, należy je nazwać zbrodnią, bo trauma – to gwałt zadany nie tylko systemowi nerwowemu, co samemu „ja”. Czyli naszej istocie. Wszystko, co widzimy, pozostawia w nas ślady. Wszystko, czego doznajemy, pozostawia w nas ślady. Traumatyczne zdarzenia należące do historii ludzkości zapisują się bowiem w pamięci narodów, grup społecznych czy ras i przenoszone są na następne pokolenia przez np. historię, literaturę, systemy prawne. Zdarzenie jest potencjalnie traumatyczne, Dobrze z dzieciństwa pamiętam ten lęk. Omijałam kałuże, zwłaszcza te świeże, po deszczu. Któraś z nich przecież mogła nie mieć dna, choć wyglądała jak inne. Stąpnę i nagle zapadnę się cała, zacznę wzlatywać w dół, W kierunku chmur odbitych, a może i dalej. Potem kałuża wyschnie, zamknie się nade mną, A ja na zawsze zatrzaśnięta – gdzie – Z niedoniesionym na powierzchnię krzykiem. Dopiero później przyszło zrozumienie: Nie wszystkie złe przygody Mieszczą się w regułach świata I nawet gdyby chciały, Nie mogą się zdarzyć. Wisława Szymborska, Chwila jeśli jest postrzegane (świadomie lub nieświadomie) jako zagrażające życiu. Bauer (2008) tak to wyraża: Obrazy i doznania traumy są kodowane w postaci wzorców neuronalnych wchodzących następnie do repertuaru naszych wyobrażeń (…) i puli osobistych obrazów. Freud wyobrażał sobie traumę, jako wyłom w barierze bezpieczeństwa, chroniącej przez (nad) stymulacją, prowadzący do uczucia przytłaczającej bezbronności. Wielu naukowców, w tym Strelau (2009), uważa, że coraz częściej trauma diagnozowana jest nie jako „obiektywnie” dramatyczne wydarzenie, ale jako przerażające doświadczenie życiowe, konfrontujące człowieka z uczuciem strachu, bezradności, horroru. To mocne i bardzo trafne określenia dla dramatu ofiar przeżywających w ten sposób jakąś ważną cząstkę swojego życia. Hans Selye – pierwszy badacz wpływu stresu na człowieka w latach 60. ubiegłego wieku – na określenie sytuacji stresowej użył terminu general adaptation syndrome.

Trauma jest powszechnie kojarzona z wydarzeniami takimi jak wojna, ekstremalne nadużycia fizyczne, emocjonalne i seksualne, śmierć osób najbliższych, wypadki powodujące okaleczenia lub katastrofy naturalne. Innym źródłem bardzo silnych przeżyć traumatycznych są akcje terrorystyczne, w których często giną dziesiątki ofiar, a przyczyny zdarzenia i intencje sprawców są dla nas niepojęte. Goleman (2003) tak pisze o przemocy: Najtrudniejszy jest pierwszy raz (…) jeśli raz przekroczy się tę granicę, to za każdym następnym razem przychodzi to coraz łatwiej. Okazuje się, iż traumą może być również doznany w życiu dorosłego człowieka „zwykły”, „marginalny” uraz, np. uszkodzenie mięśni nerwów i nogi (którego doznał Oliver Sacks podczas swojej wyprawy). Kiedy Sacks podzielił się swoimi bardzo emocjonalnymi odczuciami z Łurią (który był zwolennikiem tzw.„pogłębionej” medycyny), związanymi z przebytym indywidualnym doświadczeniem urazu i zdarzeniem neurologicznym podobnym do opisywanego przez Łurię w książce „Świat utracony i odzyskany” i w jego innych neurografiach, ten odpisał mu w jednym ze swoich listów: Odkrywa Pan całkowicie nowe obszary… Proszę opublikować swoje informacje. Zmieni to, być może, „weterynaryjne” podejście do zaburzeń nerwów obwodowych, co sprawi, że medycyna stanie się bardziej humanitarna. Sacks pisze o swoim przeżyciu dość dramatycznie: … Co się ze mną dzieje? Nie potrafię próbować, chcieć, myśleć, przypominać sobie. (…) przede mną otwierała się otchłań… To, że mięsień był porażony, „głuchy”, że jego puls zamarł, „serce” stanęło, że był jednym słowem martwy… nie miało prawie znaczenia wobec tego, co zaczynałem dostrzegać dopiero teraz. (…) Co zrazu sprawiało wrażenie zaledwie miejscowego urazu, jawiło się teraz w zupełnie innym, napawającym lękiem świetle, jako uraz pamięci, myślenia, woli – patologiczna zmiana nie w mięśniu, lecz we mnie samym…

Emocje to zjawisko elektrochemiczne, a nasz ból emocjonalny zakodowany jest dużo głębiej niż ból fizyczny. Dzięki systemowi nerwowemu mają one możliwość przemieszczania się w organizmie człowieka – to część elektryczna i kontrola jest tu tylko podświadoma. Drugą, ważniejszą częścią emocji jest ich chemiczna natura i ta właściwość umożliwia im gromadzenie się, zamiast znikać w niedługim czasie od ich doświadczenia. Zaburzenia nastroju są odpowiedzialne za nieopisane cierpienia ofiary, pojawiające się w postaci depresji, bezsenności, lęku, alienacji. Koch (2008) słusznie przy tym zauważa, iż nastrój i nasze emocje decydują o tym, jak radzimy sobie w życiu i w jakich barwach widzimy świat. Max Urchs (2009) – odnosząc się do świata naszych emocji – uważa, że: Mózg i reszta ciała ściśle współpracują przy powstawaniu emocji (…) Rola emocji w inteligentnym ludzkim zachowaniu jest niezaprzeczalna (…) emocjami zainteresowała się również nauka kognitywna. A tak na temat wpływu emocji na nas wypowiada się Ornish (1998): Umysł, emocje nie kończą się u podstawy czaszki (…) wpływają na nas nawet na poziomie komórkowym, a także kierują każdym systemem w ciele (…) splecione są ze wszystkimi aspektami fizjologii. Emocje powstają jako pole, które płynie przez nas całych, przez mózg, gruczoły, system odpornościowy, serce, jelita, tworząc pełną sieć informacyjną; nie są zamknięte tylko w mózgu. Zimbardo (1999) wskazuje, że we wszystkich złożonych emocjach istotną rolę odgrywa kora mózgowa za pośrednictwem swych wewnętrznych sieci neuronalnych i połą- czeń z innymi częściami ciała. Emmet Fox w „Kazaniu na górze” mówi o naszym głębokim przeżywaniu traumy, że to bez znaczenia, jak głęboko w nas tkwi troska, jak beznadziejne są perspektywy, jak bardzo splątany jest węzeł, jak wielka pomyłka… Gdybyś tylko mógł wystarczająco kochać, byłbyś najszczęśliwszym i najpotężniejszym stworzeniem na świecie.

A Louann Brizendine (2006) dodaje: Spróbuj zatem na chwilę wyobrazić sobie mapę, na której przedstawiono obszary mózgu powiązane z emocjami. A raczej dwie mapy – mózgu męskiego i kobiecego (…) u mężczyzn szlaki łączące te obszary wyglądają jak wąskie, wiejskie drogi, u kobiety – jak wielopasmowe autostrady. Badania nad urazem psychicznym mają swoją szczególną i ciekawą historię – historię cyklicznej amnezji – gdzie okresy aktywności badań przeplatały się z okresami zapomnienia. W ubiegłym stuleciu kilkakrotnie podejmowano badania, które szły podobnym torem, a potem zupełnie nagle, nie wiadomo dlaczego, porzucano je, po czym po latach wracano do tych samych wniosków. Temat ten zresztą wciąż prowokował zaciekłe spory, a poszukiwania w tej dziedzinie zawsze prowadziły na tereny niebezpieczne dla sumienia, ocierając się np. o fundamentalne kwestie wiary. W ciągu ostatnich stu lat do publicznej świadomości dochodziły róż- nego rodzaju urazy psychiczne; za każdym razem badania w tej dziedzinie rozkwitały w związku z jakimś aktualnym ruchem politycznym. Jako pierwszy, w republikańskiej atmosferze antyklerykalnej Francji końca XIX w., wyłonił się problem histerii, archetypowo kobiecego zaburzenia psychicznego. W drugiej kolejności pojawiła się nerwica frontowa czy wojenna, a polityczne tło zjawiska stanowiło załamanie kultu wojny oraz rozwój ruchów antywojennych; żołnierze wystawieni na ciągłe niebezpieczeństwo załamywali się, krzyczeli i nie mogli opanować szlochu, zastygali jak sparaliżowani i nie mogli się poruszyć, odbierało im mowę i nie reagowali na bodźce, tracili pamięć i zdolność do odczuwania emocji. Uświadomiono sobie wtedy, iż zaburzenia psychiczne pozostają w prostej zależności od wielko- ści niebezpieczeństwa, a pobyt na froncie pozostawia w umyśle (czyli też w mózgu) człowieka, trwały ślad i zmienia go radykalnie. W 1980 r. syndrom pourazowych zaburzeń psychicznych po raz pierwszy potraktowano jako „prawdziwą” jednostkę chorobową. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne włączyło wtedy bowiem do oficjalnego podręcznika diagnostycznego nową kategorię, zwaną pourazowym zespołem stresu (post‑traumatic stress disorder). U ludzi, którzy przez długi czas wystawieni byli na długotrwałe intencjonalne krzywdzenie występuje postępująca postać stresu, która podkopuje i niszczy ich osobowość – jest to zespół stresu chronicznego (chronic stress syndrome).

Zgadzamy się wszyscy bez wyjątku ze stwierdzeniem Ireneusza Kojdera (2005), że: Następstwa psychosomatyczne negatywnego stresu znane są w medycynie od dawna, włącznie z efektem śmiertelnym. Wystarczy tu wymienić choroby krążenia, przewodu pokarmowego, zwiększenie dynamiki chorób nowotworowych. Osoba cierpiąca na stres pourazowy najbardziej boi się, że okropny moment może się powtó- rzyć; ludzie doświadczający chronicznego stresu są bez przerwy spięci, niespokojni, narzekają na uporczywe bóle głowy, zaburzenia żołądkowo‑jelitowe i innych narządów wewnętrznych, ciągłe bóle pleców lub miednicy, zaburzenia snu itd. Ofiary skarżą się też na dreszcze, duszności, przyspieszone bicie serca oraz wiele innych dolegliwości somatycznych. Nieustanna nadpobudliwość i objawy wtargnięcia mieszają się z wegetatywnymi objawami depresji i powodują tzw. triadę pourazową, na którą składają się bezsenność, koszmary i zaburzenia psychosomatyczne. Obecne są przy tym silne lęki.

Jerzy Samochowiec (2004) dodaje, iż niektóre z tych objawów konwertują, a przemieszczone – przyjmują postać obsesji lub kompulsji. Jako trzeci dotarł do świadomości publicznej problem urazu spowodowanego przemocą seksualną i rodzinną. To właśnie dzięki stworzeniu pewnej uprzywilejowanej przestrzeni społecznej kobiety były w stanie pokonać barierę zaprzeczenia, tajemnicy i wstydu, upokorzenia i upodlenia, która przez wiele lat powstrzymywała je bardzo skutecznie przed nazwaniem wprost wyrządzonych im krzywd. W latach 70. ubiegłego wieku ruch Women’s Movement wskazał, iż skutki przemocy domowej i gwałtów też są traumatyczne. Od tego czasu badania nad traumą zostały podjęte w wielu dyscyplinach naukowych, zarówno z dziedzin nauk społecznych, jak i biologicznych. Aktualne badania naukowe wskazują na ścisły związek przyczynowy mię- dzy traumą a patologią mózgu. Im wcześniej dochodziło do maltretowania i im większe było jego natężenie, tym więcej osób badanych wykazywało symptomy osobowo- ści pogranicza (borderline personality disorder) – zaburzenia na pograniczu psychozy i nerwicy.

Judith Lewis Herman (1998) zauważa, iż związek pomiędzy objawami osobowości pogranicza a historią dziecięcego urazu został obecnie potwierdzony przez wiele badań; uważa, że zaburzenie to jest szczególną postacią zespołu stresu pourazowego. Borderline mocno wpływa na osobowość człowieka, dezorganizuje jego życie, powoduje, że staje się ono pełne chaosu, nadwrażliwości, niepokoju, skrajności, nadmiernych emocji bądź ich całkowitego braku, rozczarowań, panicznego strachu przed bliskimi relacjami i bliskością, opuszczeniem, działań impulsywnych, aktów autoagresji, za sprawą których ofiara chce powstrzymać wewnętrzny, psychiczny dręczący ją ból.

Goldstein (2003) stwierdza, iż w pracy z pacjentami cierpiącymi na zaburzenia z pogranicza istnieje wiele przypadków, w których leczenie układu rodzinnego, np. w terapii systemowej, jest niezbędne do sukcesu terapeutycznego. John Cleese, aktor i komik, traktowany przez Brytyjczyków jako dobro narodowe i powód do dumy, jeden z twórców i wykonawców słynnego Monty Pythona, mówi: Teraz uważam za zupełnie oczywiste, że większość naszych cech i postaw wywodzi się z doświadczeń i relacji zachodzą- cych w rodzinie, w której się wychowaliśmy (Skynner, Cleese, 1992). Notabene, doświadczył bardzo traumatycznego dzieciństwa, które przejmująco opisuje.

W ujęciu Yapko (1996): Środowisko, w którym wzrasta jednostka w głównej mierze warunkuje charakter jej doświadczeń, a także system wartości i sposób patrzenia na świat. Chodzi tutaj przede wszystkim o środowisko rodzinne; bez patologii, bo takie przecież krzywdzi najbardziej. Charakter naszej więzi z rodzicem jest pierwowzorem na całe życie człowieka, tworzy bowiem matrycę dla wszystkich przyszłych relacji i przywiązań. Za Platonem powtórzę, że dzieci to goście, którzy pytają o drogę. Dzieci krzywdzone – zaniedbywane, maltretowane, wykorzystywane seksualnie – myślą o sobie źle. Jak są doro- śli, myślą tak samo. Nie potrafią bronić się przed atakami, agresją, chamstwem i bezdusznością, wykorzystywaniem – również będąc dorosłymi ludźmi. Silny stres, doświadczenie zaniedbania, znęcania, maltretowania, doświadczenia gwałtu i wykorzystywania seksualnego z dzieciństwa „programuje” człowieka, często podświadomie, na zadawanie sobie bólu psychicznego i fizycznego. Objawy, jakie występują u dzieci w wyniku doświadczania traumy, mogą być różnorodne – w zależności od charakteru, częstotliwości, schematu i nasilenia, np. przemocy, stylu adaptacyjnego dziecka oraz obecności elementów łagodzących, takich jak wspierający, stabilny, bezpieczny dom. Dziecko bowiem nie ma zdolności do introspekcji i akceptuje rzeczywistość wokół bez kwestionowania; nie mogąc jej niezależnie ocenić, bezrefleksyjnie postępuje zgodnie z jej przebiegiem. Po doświadczeniu traumy może stać się lękliwe, agresywne, hiperaktywne, wycofane, może mieć też problemy z moczeniem nocnym; często ma też koszmary senne, bóle głowy, brzucha, zwiększone napięcie mięśniowe, podwyższoną temperaturę, nasiloną reakcję przestrachu, głębokie zaburzenia snu, nieprawidłowości w regulacji sercowo‑naczyniowej. Swoje napięcie, bezsilność, redukuje atakiem i agresją na innych ludzi, bywa, że często na swoje własne ciało, chcąc zagłuszyć w sobie głęboki, nieustanny ból psychiczny.

Dziecko wychowywane w takiej dysfunkcjonalnej rodzinie jest też w jakimś stopniu duchowo upośledzone i traci poczucie ja. Często brak tam troski, łagodności, wsparcia, które dałyby mu możliwość wyrażenia swoich bolesnych uczuć. W jego psychice utrwalają się wtedy podziały i rozszczepienia oddzielające myśli, emocje, potrzeby, postawy wobec innych i wobec samego siebie; wyodrębniają się i odizolowują różne podsystemy osobowości lub „części własnej osoby”, dezintegrując w ten sposób funkcjonowanie jednostki. Dziedzictwo rodzinne wyznacza niestety długi i zasługi.

Helena Sęk (2008) uważa też, iż wczesnodziecięce doświadczenia jednostki (…) konstytuują określoną organizację libido, będącą indywidualnym wzorcem poszukiwania przez osobę miłości, a Maria Beisert (2004) znakomicie oddaje klimat tematu, mówiąc, iż kontakt z problematyką, która dotyczy krzywdy dziecka, zaniedbania obowiązków rodzicielskich czy wykorzystywania jego bezbronności, wyzwala potężny ładunek emocjonalny: Ofiarom należy się współczucie i wsparcie, a także to, czego potrzebują najbardziej – mądrej i dostosowanej do ich urazu pomocy. Bo z różnego rodzaju zaniedbań w dzieciństwie wynikają bardzo poważne problemy rozwojowe – trudności językowe, opóźnienia ruchowe, impulsywność, dezorganizacja więzi, dysforia, pobudzenie, deficyty uwagi i koncentracji, oraz wiele innych; bo mózg nie rozwija się w takich warunkach prawidłowo.

Rację ma też Katarzyna Schier (2005), która twierdzi, iż osoby, które przeżyły uraz psychiczny, a zwłaszcza uraz w relacji z najbliższymi, niejednokrotnie nie dopuszczają do świadomości uczuć mogących wywołać wspomnienie traumy, co często prowadzi do organizowania swego życia wokół, z jednej strony zaprzeczania rzeczywistości zewnętrznej, a z drugiej – unikania zaangażowania emocjonalnego. Trauma wczesnych nadużyć i zaniedbania upośledza potencjał systemu rodzinnego, grup społecznych, właściwie całej ludzkości.

Lewis i Haviland‑Jones (2005) twierdzą, iż trauma prowadzi do wstydu za pośrednictwem atrybucji poznawczych, związanych z molestowaniem, natomiast wstyd prowadzi do gorszego przystosowania, a Finkelhor uznaje doznanie wykorzystania seksualnego w dzieciń- stwie za wydarzenie wykraczające poza zakres wydarzeń wpisanych w rozwój człowieka. …Dzieci nie są Waszą własnością, są synami i córkami tęsknoty Żywota za własnym spełnieniem… (Khalil Gibran). W wyniku traumy pojawiają się też poważne zaburzenia nastroju i są one odpowiedzialne za ogromne cierpienia ofiar z powodu występujących objawów. Doświadczany przez nas stan emocjonalny może prowadzić do trwałych zmian całego ośrodkowego układu nerwowego; stres bowiem nie tylko wpływa na zmianę neuroprzekaźnictwa w obrębie centralnego układu nerwowego, ale także poprzez różnorodne mechanizmy neuroendokrynne i immunologiczne prowadzi do trwałych zmian jego struktury i rozwoju zaburzeń psychicznych, a szczególnie psychoz.

Niehoff (2001) przy tym wyraża pogląd, że uraz psychiczny jest krańcową formą stresu. Intensywność przeżywanych emocji oraz charakter reakcji w konfrontacji z traumą wpływa również na dokładność zapisu pamięciowego. Podkreśla się odmienność kodowania i odtwarzania traumy od tzw. zwykłych przeżyć. Tym, co odróżnia pamięć traumy, jest fragmentaryczność reprezentacji, brak umiejscowienia w czasie i brak powiązania poszczególnych elementów w spójną narracyjną postać. Dominuje tutaj zapis opierający się o kodowanie zmysłowe, stąd odtwarzanie w postaci przebłysków nagłego, intruzywnego nawrotu wspomnień sytuacji traumatycznej (tzw. flashblacks). Nasz mózg przechowuje urazowe zdarzenia w pamięci poznawczej, pamięci motorycznej, pamięci emocjonalnej i pamięci stanu, a lęk może osłabiać lub wzmacniać te wspomnienia.

Według Rachmana (2005) nieświadome czynniki wpływają na selektywność procesów naszej uwagi, ale także na nieświadome procesy pamięciowe i te w pamięci utajonej wpływają na odczuwanie lęku przez człowieka. Traumatyczne doświadczenia mają też wpływ na zaburzenia integracji między półkulami mózgu. Biologiczną podstawą negatywnego wpływu traumy na mózg ludzki jest wpływ znacznych ilości hormonów nadnerczowych (glikokortykosteroidów) wydzielanych w czasie stresogennego doświadczenia, które działają uszkadzająco na ośrodkowy układ nerwowy, procesy neurodegeneracyjne i zmniejszenie objętości hipokampa – struktury bardzo ważnej, bo odpowiedzialnej za naszą pamięć, uczenie się, ale i nastrój oraz emocje. Następuje wtedy aktywacja układu hormonalnego podwzgórze–przysadka–nadnercza, co prowadzi do wydzielania znacznych ilości toksycznego kortyzolu oraz amin katecholowych, głównie adrenaliny i noradrenaliny. Ogół doświadczeń, zawartych w traumatyzujących wspomnieniach, które wciąż budzą żywe emocje, jest odpowiedzialny za nasze nastawienie emocjonalne. Psychika zresztą nie dostrzega upływu czasu pomiędzy traumatycznym zdarzeniem a chwilą obecną, jakby była zawieszona w czasie – mózg „czyta” je, jak gdyby traumatyczne zdarzenie działo się aktualnie.

Według Freuda (1997) najważniejszą i najbardziej zastanawiającą właściwością fiksacji psychicznej jest to, że wszystkie wrażenia są przechowywane w zupełnie ten sam sposób, jak były odebrane. W obliczu ekstremalnego zagrożenia psychologiczną reakcją obronną organizmu jest dysocjacja, która obejmuje wiele różnych mechanizmów psychobiologicznych związanych z wyłączeniem się z zewnętrznego świata i skierowaniem uwagi na bodźce płynące ze świata wewnętrznego; w skrajnych przypadkach człowiek potrafi zupełnie beznamiętnie opowiadać o potwornych przeżyciach.

Stan oszołomienia i odrętwienia sprzyja pełnemu kodowaniu; depersonalizacja czy omdlenie blokują poznawczy zapis traumatycznego doświadczenia. Zaburzenia po stresie traumatycznym mogą rozwinąć się szczególnie wtedy, gdy uraz był bardzo poważny, obezwładniający lub dotknął osoby szczególnie wrażliwej; również wtedy, kiedy osoba była w młodym wieku, bowiem wtedy zapis traumatyzującego doświadczenia nie mógł być racjonalnie przetworzony za pomocą kory mózgowej, włączony w kontekst pamięci autobiograficznej i zintegrowany. Psychika jednostki w chwili powstania urazu staje się zupełnie bezbronna, umysł bowiem nie potrafi umieścić traumatyzujących wspomnień w odpowiedniej perspektywie – możliwość jej oceny zostaje poważnie zakłócona, a to powoduje, że może ponownie dojść do przeżywania traumy w dowolnym czasie. I przy tym warte podkreślenia jest, iż obniżenie motywacji, libido oraz energii, negatywne nastawienie, zaprzeczania i odrętwienia, intruzje, alienacja – to nadal tylko niektóre z licznych objawów PTSD. Kontekst społeczny, np. grupa wsparcia, może pomóc jednostce odzyskać i zintegrować wspomnienia. Byli żołnierze uczestniczący w walkach, w takiej grupie mają poczucie braterstwa i „ducha koleżeństwa”. Po raz pierwszy w życiu gdzieś przynależę. Ich długi pobyt w niewoli powoduje jednak głębokie zmiany w tożsamości. Dennis Charney – psychiatra i neurolog z Krajowego Centrum Badań nad Wstrząsem Pourazowym w Yale uważa, iż ofiary niszczą- cego urazu mogą już nigdy nie odzyskać dawnej tożsamo- ści biologicznej. I nie jest ważne, co było jego przyczyną. Wszystkie psychiczne struktury ja – wizerunek własnego ciała, uzewnętrznione obrazy innych osób, wartości i ideały, które dają jednostce poczucie spójności i celu – zostały naruszone i poddane systematycznemu niszczeniu.

Badania byłych jeńców w czasie II wojny światowej albo wojny koreańskiej (1987) dowiodły, że nawet 35–40 lat po ich uwolnieniu większość z nich nadal skarżyła się na koszmary, uporczywe nawroty obrazów traumatycznych wydarzeń i skrajne reakcje na bodźce przypominające o czasach niewoli. Ofiara takiego urazu tak mówi o swoim ciągłym oczekiwaniu na karę: Jestem nieustannie przyczajony (…) Nadal spodziewam się ciosu. Niektóre maltretowane psychicznie i fizycznie kobiety mówią, że przebywały w szczególnym, paranoidalnym świecie, przejmując przekonania swych zaburzonych i ogarnię- tych manią wielkości małżonków; z własnej woli tłumiąc wątpliwości, aby w ten sposób dać dowód swojej lojalności i poddaństwa. To nasza bezsilność polegająca na utracie wiary, że jesteśmy warte troski, szacunku, miłości, czułości; zostaje wielki żal i smutek… Milczenie i krzyk… Podwyż- szona czujność… Nieprzewidywalność świata. Pragnienie śmierci przez zaniechanie życia. Mówią często: Przyzwyczaiłam się. Rozwijają w sobie tożsamość ofiary – wiktymizacja; żyją w ciągłym smutku i strachu, wiecznej depresji, deprywacji potrzeb, w poczuciu niemocy i poniżającej przedmiotowości, jakże często maskują swój stan i traumatyczną sytuację. Skutecznie. Ukrycie prawdy za murem milczenia i obojętności. Podobnie dzieje się pod korą drzewa pijącego zatrutą wodę. Poczucie winy, porażki, przytłacza; myślenie defensywne odcina je od świata. Czują się prawie jakby były ubezwłasnowolnione, bezradne i posłuszne wobec sprawcy; nikt je nie chroni i nie broni. Zabijanie ich ducha odbywa się na wszelkich możliwych poziomach. Nikogo nie interesuje czy mają środki do życia, czy mają co jeść… Wyklęte z rodu. Pozbawione godności i jakiejkolwiek wartości… Zaklinają rzeczywistość na normalność… Łkają z bólu spowodowanego bezdusznością, pogardą, ambiwalencją, często niewiarą „przyzwoitych” ludzi. Ich filozofią życia staje się przetrwanie… Pojęcie dobrostanu jest czystą abstrakcją… Nieskończenie zadają sobie pytania bez odpowiedzi.

Psychiatra Elanie Hilberman (1980) tak opisuje ów stan ciągłego przerażenia i pobudzenia, typowy dla maltretowanych kobiet: Wszelkie symboliczne lub rzeczywiste oznaki potencjalnego niebezpieczeństwa powodowały u nich wzmożoną aktywność, pobudzenie nerwowe, nerwowe ruchy, krzyk i płacz. Były wciąż czujne, niezdolne do relaksu, ani snu. Wszystkie ofiary skarżyły się na koszmary przesycone motywami przemocy i niebezpieczeństwa. Potem płakały w cichości, potem coraz głośniej, rozpaczliwiej… ale prawie zawsze z nadzieją, że pomoc kiedyś przecież musi nadejść! Bywa też, że ofiary pokonując same siebie, świecą przykładem społecznego dostosowania. Bo znakomicie posiadły sztukę gry w teatrze udawania, wymuszonego przede wszystkim zagrożeniem bezpieczeństwa. Jakże często jednak wtedy postrzegają swoje ja jako nieautentyczne, fał- szywe; bo przecież nikt nie zna ich naprawdę, ich „prawdziwych” i myślą, że gdyby odkryto ich sekretne właściwe ja, zostałaby odrzucone i potępione. Przeżyta trauma często skutkuje ukrytą przemocą skierowaną do wewnątrz, przeciwko sobie samemu, swojemu zdrowiu, ciału i duszy. Skutkuje też wycofaniem emocjonalnym i uczuciowym ofiary. Bohaterka z książki Opfer (2009), wykorzystywana seksualnie jako dziecko, mówi: Gdybym wtedy natrafiła na odpowiednią książkę lub artykuł, gdybym wiedziała, że mam prawo się bronić (…) Bo sposób, w jaki ofiara zareaguje na to zdarzenie, zadecyduje o całym jej rozwoju, o zaburzeniach psychicznych i stylu jej życia. I najważniejsze jest, powtórzę za Selye’m, jak to przyjmujemy i co z tym zrobimy. Często najbardziej uderzającą cechą, wymienianą tak przez ofiary, jak i przez psychologów, jest pozorna normalność prześladowcy, np. Adolf Eichmann został przez pół tuzina psychiatrów uznany za normalnego. Owa „normalność” jest jednak potwornością.

Psychopatyczni, autorytatywni, z przerostem formy, pozbawieni sumień i serc, sacrum i uczuć wyższych, świetnie funkcjonujący w otaczającym świecie sprawcy, potrafią się wręcz idealnie kamuflować i niewielu ludzi uwierzy, iż osoby „żyjące tak przyzwoicie”, szanowane w społeczeństwie, często na eksponowanych i prestiżowych posadach, mogłyby być zdolne do zbrodniczych, najokrutniejszych czynów. Całkowita kontrola i dominacja nad inną osobą stanowi ich siłę napędową. My home is not my castle. A czy wtedy nasze potrzeby, życzenia i marzenia przestają istnieć? A prawa? Podczas sesji terapeutycznej – Belle – ofiara wykorzystania seksualnego mówi: Teraz, kiedy padły słowa o chronieniu innych, zrozumiałam, że cały czas myślę, że to my jesteśmy silne, bo zdołałyśmy przeżyć po tym, co nas spotkało. A jednocześnie zakładamy, że wszyscy ludzie wokół są tacy wrażliwi i musimy ich chronić. Na dobrą sprawę, powinno być dokładnie na odwrót. Leczenie pourazowej fizjonerwicy wymaga bardzo zindywidualizowanego, specyficznego odwrażliwiania traumatycznych wspomnień; jest ona osiowym objawem w somatyzacji, deformacja świadomości – rozszczepienia osobowości – pojawiają się wtedy problemy z tożsamością i tworzeniem relacji.

Richard Rhodes (1990) poważnie maltretowany w dzieciństwie, opisuje, jak po wielu dziesiątkach lat poczuł, że wreszcie uporał się z urazem: Nadszedł czas napisania tej książki, czas na to, aby sierota opowiedziała swoją historię tak, jak to czynią wszystkie sieroty; pora by zapoznać Was z moim wewnętrznym dzieckiem. Było sobie pewnie dziecko. Przez te wszystkie lata ukrywało się w piwnicy. Kiedy wojna się skończyła, mały wyszedł na powierzchnię, krzywiąc buzię od słońca. Wyszedł, żeby zacząć się bawić. Jestem zdumiony i szczęśliwy, że nie zapomniał, jak to się robi. Zaszyfrowany język dziecka; bo tajemnice te są zbyt straszne, żeby można je było wypowiedzieć wprost. Ofiara urazu czuje, że traci zmysły. Uraz zmusza ją do ponownego przeżycia wszystkich walk wewnętrznych dotyczących jej autonomii, tożsamości, inicjatywy, kompetencji, intymności. Następuje odrealnienie, bo to nie przydarza się mnie, potem zobojętnienie, emocjonalne oddalenie, bierność – bo człowiek rezygnuje wtedy z wszelkiej inicjatywy, obrony czy walki. Ten zmieniony stan percepcji to chyba litościwy dar dla niej – ochrona przed bólem nie do zniesienia. Padają słowa: Byłam zbyt przerażona, by gdziekolwiek ruszyć się sama (…) Siedziałam w domu i po prostu się bałam. Levenkron’owie (2009) przytaczają słowa Deirdre, jednej z bohaterek ich książki, o traumie wykorzystywania seksualnego: Próbuję się trzymać z dala od konfliktów, w ogóle próbuję trzymać się z dala od ludzi, boję się, że mi coś zrobią. Deirdre, mając 15 lat zaczęła cierpieć na anoreksję. Po pół roku rodzina posłała ją do lekarza, a cztery lata później na terapię. Dopiero na 12. sesji zaczęła rozmawiać o traumie. Do przeprowadzenia jej transformacji (czyli powrotu do żywych) w procesie terapii potrzebne było 3 i pół roku.

Poruszające i równie bezsilne są słowa innej dziewczyny z historii opisywanej przez Martę Fox (2004): …Jakoś nie mieściło mi się w głowie, że może być aż tak wesoło. Patrzyłam jak wszyscy się bawią, robiło mi się coraz smutniej. Poszłam do kempingu, żeby sobie popłakać i wówczas straciłam przytomność. Nie wiem, jak to się stało, bo pamiętam tyle, że obudziłam się w szpitalu (…) Byłam tam sześć tygodni, lekarze nie wiedzieli, co mi jest. Byłam słaba, gorączkowałam, ale przede wszystkim zaniemówiłam, nie odpowiadałam na pytania, nie odzywa- łam się do nikogo. Zachowywałam się chyba jak dziecko autystyczne (…) Trwało to aż do dnia, kiedy przyszła mama i powiedziała, że mogę zostać u niej.

Mają rację Calvin i Lindzey (2002), że ludzie pragną naturalnej przynależności, poczucia zakorzenienia, chcą być integralną częścią świata, czuć, że należą do niego. Nasza rozpacz osłabia odporność immunologiczną organizmu. Jest też rzeczą pewną, iż nasz stan ducha ma bezpośredni i natychmiastowy wpływ na stan naszego ciała. Proces ograniczenia i psychicznego odrętwienia doprowadza ofiarę czasem do amnezji, ale i do uformowania się okaleczonego wspomnienia pozbawionego emocji i znaczenia. Pacjent „nie pozwala sobie myśleć” o znaczeniu swoich objawów, bo gdyby to zrobił, wróciłyby traumatyczne doznania. Człowiek poddaje się całkowicie, załamuje się jego system samoobrony, też immunologicznej. Choruje… Poważne operacje… Szybki, wymuszony powrót do rzeczywistości, bo dalej nie jest bezpiecznie…

Pisarka i ofiara kazirodztwa Sylwia Fraser (1987) pisze tak: Konwulsje nasiliły się – ciało odgrywa tamte scenariusze. (…) Gdybym żyła w bardziej przesądnym społeczeństwie, być może nazwano by mnie dzieckiem opętanym przez diabła (…). Inna ofiara gwałtu mówi o swoim zmienionym stanie świadomości – odrętwieniu: Nie mogłam krzyczeć. Nie mogłam się poruszyć. Byłam sparaliżowana (…) jak szmaciana lalka. Ciało jest żywym zapisem naszego życia – to ważne stwierdzenie, badania zaś zgodnie donoszą, że objawy „ciężkiej depresji” i zaburzeń lękowych, łącznie z zaburzeniem stresu pourazowego i lękiem napadowym, są częstsze u osób z wywiadem wskazującym na doświadczenia nadużyć w okresie dzieciństwa.

Ofiara nie mogąc rozwinąć wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa, ponieważ nie pozwolono jej zdobyć poczucia niezależności, wciąż desperacko i prawie na oślep szuka kogoś, na kim mogłaby się „uwiesić”. Bardzo potrzebuje otuchy i pociechy, więc paradoksalnie bardzo szybko przywiązuje się do obcych. Wewnętrzny brak poczucia bezpieczeństwa wyraża się wtedy w zależności od innych. Uraz odziera ofiarę z poczucia siły i kontroli, a zatem ważnym warunkiem wyzdrowienia jest ich odzyskanie; poszkodowanemu należy przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo i zadanie to ma pierwszeństwo przed wszelkimi innymi. Pourazowe stany rozkojarzenia nakładają się na wywołane depresją problemy w koncentracji, paraliż inicjatywy potę- guje apatię, bezsilność i bezradność ofiary, obsesyjne zadrę- czanie się tymi wspomnieniami potęguje jej beznadziejny stan i samopoczucie. Skrajnie negatywny obraz siebie staje się pożywką dla ruminacji. Zerwanie związków pogłębia izolację.

Herman (1998) pisze o goryczy Lovelace – prostytutki z przymusu, wobec tych, którzy jej nie pomogli, nie interweniowali: Większość ludzi nie wie, jak surowo ich osądzam, bo nic nie mówię. Po prostu skreślam ich ze swego życia. Na zawsze. Ci ludzie mogli mi pomóc, ale nie chcieli. Trauma pozostawia ludzi z poczuciem samotności i oddzielenia.

Salmon (2002) zauważa nawet, iż wtedy korzyści płynące ze wsparcia emocjonalnego są o wiele większe niż z niejednej terapii medycznej. Traumatyczne doświadczenia zaburzają normalną regulację stanów emocjonalnych, systematycznie wywołując przerażenie, gniew, żal, stany dysforyczne, stany zawężenia czy rozkojarzenia, swoisty „paraliż umysłu”, intoksykację. Pojawiają się u ofiar traumy wtedy stany zagubienia, pustki i niewypowiedzianej samotności: Czasem czuję się jak ciemny kłębek chaosu (…) Czasami nie wiem nawet tego. Widzimy wtedy np. „nieobecne” oczy, „z któ- rych wyziera niknąca dusza”, wskazujące na to, iż osoba jest „gdzieś indziej”, nie w swoim ciele; ciało człowieka sprawia wrażenie „zamrożonego” – to stany „oddzielenia” i „unieruchomienia”. Potem może nastąpić szybki przeskok z dysocjacji do „superuważności”, co jest kolejnym dowodem przeżywanej traumy; potężne poczucie winy i lęk, a jeżeli lęk jest zbyt duży, wówczas nasze ja może tłumić wszystkie myśli i uczucia, które je wywołują.

Te tłumione myśli i uczucia tworzą stłumioną dynamiczną nieświadomość, którą za Jungiem Wilber nazywa cieniem. Cieniem, który jeśli jest zbyt silny i pełny, wybucha objawem zwanym nerwicą. Pojawia się wtedy stan wzmożonego pobudzenia autonomicznego układu nerwowego.

Dudek (2002) zauważa, iż nadwrażliwość na bodźce, trudności z selekcją bodźców, chwiejne poczucie własnej wartości, zaburzenia werbalnej i niewerbalnej komunikacji z otoczeniem to bardzo charakterystyczne objawy nerwicowe. Nerwica tworzy pętlę zawężającą osobowość, a każdy jej nowy symptom jest wzmocnieniem podstawowego lęku uformowanego jeszcze w dzieciństwie przez wadliwe sytuacje wychowawcze – dorzuca Horney (1999). Stany te wahają się od podstawowego poziomu napięcia, poprzez okresowe stany niepokoju i dysforii, do skrajnej paniki, furii i rozpaczy, zatem nic dziwnego, że u większości ofiar rozwija się chroniczny niepokój i depresja. Współbrzmi przy tym proces dysocjacji i dezintegracja ja.

Psychoanalityk Gerald Adler (1985) nazywa to uczucie panicznym strachem przed unicestwieniem.

Hill (1984) tak mówi o przeżyciach swojej pacjentki: W środku jestem lodowato zimna, a mego ciała nie okrywa żadna powłoka: rozlewam się, rozsypuję, tracę połączenie z samą sobą. Ogarnia mnie strach i gubię poczucie, że w ogóle istnieję. Odeszłam. Osoba cierpiąca na zaburzenie po stresie pourazowym jest w ciągłej pętli nieświadomego wywoływania urazu, prób radzenia sobie z nim i wreszcie – wyczerpania. Depersonalizacja, derealizacja, amnezja, utrata kontaktu z rzeczywistością i brak czucia występują jednocześnie z nieznośnym przymusem ataku na swoje ciało; pierwsze zadane obrażenia często jednak w ogóle nie powodują bólu; tak właśnie ciało (umysł i dusza) są znieczulone. Samookaleczenie trwa, dopóki nie spowoduje silnego uczucia ulgi i spokoju, przerwania silnego cierpienia emocjonalnego. Jeden z pacjentów określa to następująco: Robię to, aby udowodnić, że istnieję. Pacjenci po doznaniu urazu mówią: Jestem teraz innym człowiekiem. Ci najpoważniej skrzywdzeni i poszkodowani: Nie jestem człowiekiem. Istnieje też „potem”.

Dudek (2003) określa, iż okres potraumatyczny zaczyna się w momencie, kiedy zdarzenie traumatyczne realnie się skończyło, ale istnieje w umyśle, w świadomości jednostki. Według Horowitza (1986) i Golemana (1997) neuronalne zmiany składające się na wstrząs pourazowy wydają się czynić osobę, która mu uległa, bardziej podatną na dalsze urazy; zachodzą w niej wtedy naprzemienne natrętne wspomnienia traumy i próby ich unikania. Jednostka próbuje przetworzyć informacje, których źródłem jest zdarzenie traumatyczne, zasymilować je i akomodować z jej dotychczasowymi strukturami poznawczymi. Amina Memon (2003) mówi, iż na podstawie dowodów można stwierdzić, że mechanizmy określone jako wyparcie, dysocjacja i hamowanie mogą być strategią radzenia sobie z cierpieniem spowodowanym przez wspomnienia urazu. Badania nad wpływem traumy zmuszają nas do spojrzenia na bezradność człowieka w świecie, a jednocześnie na istniejącą w ludzkiej naturze zdolność do zła, ale i też do dobra. Ofiary traumy mówią np.: Po wypadku moje życie zmieniło się w koszmar. (…) Ciągle na coś czekam, choć niby wszystko jest „normalnie”. Czekam na coś nieokre- ślonego. Czuję absurdalność swoich zachowań, ale lęk jest silniejszy niż wszystkie racjonalne argumenty.

Pacjentka Judith Lewis Herman (1998): Związali mi ręce. Żaden czujny, światły psycholog nie zainteresował się moim nudnym przypadkiem. Nie. Nie. Diagnozę schizofrenii paranoidalnej otrzymałam, kiedy nie byłam jeszcze w stanie spojrzeć uprzejmie w uczciwe oczy klinicysty i powiedzieć: Myli się pan. Moje życie było jednym wielkim smutkiem, ale nie jestem pomylona.

Gronkowski (2007) wywodzi: Wydaje się wysoce wskazane uwzględnienie historii przeżytej przemocy seksualnej w dzieciństwie w leczeniu niektórych pacjentów z rozpoznaną schizofrenią. Bo powstają wtedy u człowieka anormalne stany świadomości, w których nie istnieją zwykłe relacje między ciałem a umysłem, rzeczywistością a wyobraźnią, wiedzą a pamięcią.

Anna Salter (2003) tak pisze o przeżyciach ofiary traumy: Wiesz, czym się teraz zajmuję? – mówi moja klientka. Staram się liczyć dni, kiedy nic złego się nie stało, chcę uzbierać ich jak najwięcej, nanizać na nitkę jak koraliki. Chcę nosić taki naszyjnik. Wyczekiwanie dni, kiedy nic złego się nie stało i dni bez lęku, że mogłoby się coś stać, są teraz głęboko odczuwaną treścią jej życia. To nie sama doznana krzywda jest przyczyną zaburzeń psychicznych, choroby; często to nieświadoma, stłumiona, beznadziejna rozpacz, że nie wolno ujawnić tego, co się przecierpiało. Że nie tylko nie wolno tego ujawnić, ale nawet doznawać uczuć gniewu, rozpaczy, wściekłości, bezsiły i smutku. Zasada: „To, czego nie powinno być, być nie może” – rządzi się wtedy mocnymi, straszliwymi prawami. Doprowadza to wielu ludzi do samobójstwa, prób samobójczych; bo zdarzają się zwycięskie bitwy, ale przede wszystkim jednak chwile załamań. Sylwia Plath pisze w swoim utworze: Pytasz, dlaczego moim życiem jest pisanie? Czy to mnie bawi? Czy to warte zachodu? Przede wszystkim jednak, czy to się opłaca? A jeśli nie to po co? Piszę tylko dlatego, że jest we mnie głos, Który nie chce umilknąć.

Sarzała (2004) tak pokazuje fragment historii dziewczyny, która w „cztery oczy” prosi o rozmowę terapeutę w ośrodku interwencji kryzysowej: Mieszka w Gdańsku (…) dzielnicy, która wcale nie jest na czele najgorszych (czyt. najgroźniejszych). Ma rodziców, liczne rodzeństwo. Wiele ciuchów pożycza od koleżanek, kupuje w lumpeksach, niektóre kradnie. Na rękach, i nie tylko, ma kolczyki, tatuaże, sznyty, a włosy farbuje na okrutną czerń, która zupełnie nie pasuje do jej ładnych, słowiańskich oczu i bladej karnacji. (…) A potem powoli, z wielkim trudem, walcząc ze wstydem i ciągłymi wątpliwościami, opowiada nam: o terrorze psychicznym, w jakim żyje od zawsze, o brutalnych gwałtach i jeszcze gwałtowniejszym biciu, o przeraźliwie chłodnej obojętności i niewidzących oczach najbliższych, o „lepkich” rękach „przyjaciela” mamy, o skutecznych manipulacjach ojca, który wszystkim wmawia jej nienormalność, chorobę psychiczną i w przypływie czułości dotyka jej piersi, ud…. O matce, która przegląda każdą kieszeń i czyta jej najskrytsze zapiski, o wspólnym pijaństwie z „wujkiem”, który kupował jej alkohol (…) o fizycznej, emocjonalnej i seksualnej bezsilności. Potem były pierwsze niestety nieudane próby ratowania się z opresji, gdy sama szukała wsparcia u krewnych, sąsiadów, nauczycieli czy kapłanów, ale w jej życiu nic nie ulegało zmianie. Często jej bezgłośne wołania wywoływały tylko przerażenie i zawstydzenie w oczach powierników. Tym większa była jej bezradność. Czasami też złamanie tajemnicy rodzinnej sprowadzało na nią zemstę i bolesne kary. (…) nieśmiało próbowała się zabić. Najpierw trochę żartem, na pokaz (…), później jeszcze raz i jeszcze wiele razy. To cud, że nie zrobiła tego skutecznie. (…) Pije od kilku lat, ale niedawno zaczęła eksperymentować z tabletkami i „skunami”. (…) Dowiedziała się też o sobie wielu nowych rzeczy, takich, o jakie się nie podejrzewała. Na przykład tego, że potrafiłaby zabić. (…) Ona zazwyczaj wie, czego chce. Chciałaby przestać się bać, przestać się wstydzić, skończyć z nieustannym uciekaniem, skoń- czyć z poniżaniem i traktowaniem jej jak przedmiot, wreszcie zacząć zwyczajne życie… Jakby odnosząc się do tego opisu Horney (2000) mówi: Szczytowa postać nienawiści do własnej osoby sprowadza się do bezpośrednich impulsów i czynów destrukcyjnych. Wyrazem rozpaczy są gwałtowne zachowania ofiary typu „acting‑out” i „acting‑in”. Anna Salter (2003) dodaje, iż ofiara musi nauczyć się, jak okazać sobie czułość. Zamiast się znieczulać, ciąć, biczować. Bo w miejsce upokorzenia i poniżenia ze strony rodzica, dziecko powinno usłyszeć od niego: Kocham Cię w każdych okolicznościach i bezwarunkowo; życie jest pełne przeszkód, ale Ty je wszystkie pokonasz. Jak zauważył Jung, potajemne sekrety odcinają nas od nieświadomości. A właściwie to chyba powinnam to pozostawić bez komentarza. Jest zbyt oczywisty. Dorosły, który doświadczy traumy może szukać dla siebie pomocy, choćby informacji na ten temat. On wie, że wyrządzono mu krzywdę – dziecko o tym często nie wie i cierpi zagubione, pełne bólu, w samotności, bezsilności. A przecież życie niektórych dzieci składa się z wielu traum, przy czym wiele tych urazów psychicznych dzieci doświadczają od własnych rodziców, co powoduje jeszcze większy ból i rozpacz dziecka. Bo wtedy dziecko nigdzie już nie może czuć się bezpiecznie, ciepło, zadbane i kochane, ważne i wartościowe. Jeśli dziecko czy człowiek dorosły doświadcza czegoś upokarzającego, zawstydzającego, frustrującego, to nie tylko będzie chciał unikać tej raniącej sytuacji, ale również całego obszaru działań, w których podobna sytuacja mogłaby się zdarzyć. Bo przypominają te, które zagrażały jego obrazowi siebie. Bicie, wykorzystywanie seksualne, alkoholizm w rodzinie, przemoc emocjonalna, zaniedbywanie, bycie świadkiem przemocy i wiele innych – to dla dzieci naprawdę traumatyczne wydarzenia. Duch dziecka jest wielki, dopóki dorosły go nie skrzywi i nie złamie. Janusz Korczak powiedział: Nie ma dziecka, jest człowiek. A wybitna psychoterapeutka Alice Miller (1980) dodaje: Ponieważ nie wierzę w skuteczność żadnych recept ani dobrych rad, przynajmniej, jeśli chodzi o zachowania nieświadome, moje zadanie widzę nie we wzywaniu rodziców, by obchodzili się ze swoimi dziećmi inaczej niż przywykli, ale w zwróceniu się w tej sprawie do dziecka tkwiącego w dorosłym. Póki mu się nie pozwoli uświadomić, co jemu samemu wyrządzono, jego życie uczuciowe będzie częściowo sparaliżowane, a wrażliwość na upokorzenia dzieciństwa przytępiona. Takie podejście do tego zagadnienia popiera wielu psychologów, psychoterapeutów, lekarzy, doradców rodzinnych, ludzi zajmujących się pomocą drugiemu człowiekowi.

Antoni Kępiński (2002), który żył i działał w czasach dehumanizacji medycyny, uważał, iż: Już samo wypowiedzenie swoich kłopotów, dolegliwości, konfliktów, zmniejsza natężenie zaburzeń wegetatywnych, gdyż mowa jako jedna z form ruchu zewnętrznego daje ujście niewy- ładowanej tendencji do działania, osłabiając tym samym wyładowanie się jej w ruchu wewnętrznym. Nieleczona trauma, zbagatelizowana, ośmieszona, nawet wykpiona czy wręcz zanegowana, pozostawia ludzi z poczuciem samotności i oddzielenia, bo trauma powoduje utratę połączenia z samym sobą, z innymi ludźmi, z naturą, ze wszystkim. Bo rana psychiczna jest tą najstraszniejszą i najokrutniejszą.

Epstein (2001) mówi, że człowiek musi wtedy nauczyć się żyć z poczuciem pustki. Znamienne są też słowa jednej z ofiar kierowane do członków rodziny, która ją skrzywdziła. Przytacza je w swojej wartościowej i zaangażowanej książce psychiatra Judith Lewis Herman (1998): Tamto uczucie było bardzo surowe. Strata, smutek, żałoba – jak gdyby oni wszyscy poumierali. Nie było we mnie odrobiny nadziei. Niczego od nich nie oczekiwałam (…) Wiedziałam, że ujawniłam już wszystko. Powiedziałam wszystko, co chciałam i tak, jak chciałam. Czułam, że zakończyłam tę sprawę i gratulowałam sobie całego tego starannego planowania prób, opracowywania strategii i tak dalej (…) Odtąd czuję się wolna (…) Odzyskałam NADZIEJĘ! Wierzę, że mam przed sobą przyszłość. Czuję, że stoję obiema nogami na ziemi… Można by rzec – determinacja wyższego rzędu. Czasami pogwałcenie społecznego porządku jest zbyt straszne, aby mówić o nim na głos: oto znaczenie słów „niewypowiedziane cierpienie”. Naturalną reakcją organizmu na traumę staje się wykluczenie jej ze świadomo- ści. Okrucieństwa jednak nie da się wymazać i pogrzebać w niepamięci. Przypomnienie sobie i opowiedzenie prawdy o okropnych przeżyciach jest wstępnym warunkiem zarówno odbudowy społecznego porządku, jak i uzdrowienia jednostki. Kiedy prawda zostaje w końcu odsłonięta, ofiara może zacząć powracać do zdrowia, bo prawda działa w ten sposób, że uwalnia się, kiedy zniesione zostają bariery zaprzeczenia i wyparcia.

Alice Miller (1980) mówi też, że nawet w ciężkich przypadkach psychoterapia może okazać się zbędna dla młodego człowieka, jeśli jego rodzice potrafią zburzyć mur milczenia i zakłamania i otwarcie wyznać swojemu dorosłemu dziecku, że jego chorobliwe objawy nie spadły z nieba, że nie są skutkiem przemęczenia, jakiegoś „bzika”, rozpieszczenia, źle dobranych lektur, złego towarzystwa, wewnętrznego konfliktu popędów itp. Jeśli rodzice nie muszą już gorączkowo walczyć z własnym poczuciem winy i z tego powodu wyładowywać się na dziecku, a nauczą się, jak znosić swój los, pozwalając dzięki temu swoim dzieciom, aby mogły żyć nie w nieświadomym buncie przeciw własnej przeszłości, ale z nią pogodzone. Wiedza cielesno‑emocjonalna dorosłego człowieka może wtedy zgodzić się z wiedzą intelektualną.

Jeśli tego rodzaju pogrzebanie przeszłości okazuje się możliwe, wiąże ono uczuciowo rodziców z dziećmi, a bynajmniej ich nie rozdziela. Bowiem osoba, która przeżyła uraz, oczekuje od słuchacza nie rozgrzeszenia, lecz sprawiedliwości, współczucia i gotowości do dzielenia przykrej wiedzy o tym, co w skrajnych warunkach dzieje się z ludźmi. Za Jungiem powtórzę: To ważne i zbawienne, aby mówić o rzeczach niepojętych. Brak wsparcia i zrozumienia ze strony najbliższych dramatycznie zwiększa ryzyko wystąpienia patologicznego smutku i głębokiej, uporczywej depresji. Bo ofiary traumy wznoszą emocjonalny mur, przez który trudno się przebić. Tworzą emocjonalne blizny, które mają je (ich) chronić. Na zewnątrz twardzi i bardziej gruboskórni w kontaktach z ludźmi, chowają się do swojej emocjonalnej skorupy, nawet pancerza, takiego lub innego rodzaju. Emocjonalny mur, który w założeniu ma ją – ofiarę – chronić przed jedną osobą czy sytuacją, odcina ją jednocześnie od wszystkich pozostałych, od wielu szans, nawet „chwilowo” od jej prawdziwego ja. Po przeżyciu traumatycznego doświadczenia jednostka jest niezwykle podatna na zranienie, krucha. Wtedy wsparcie otoczenia może złagodzić skutki traumatyzującego wydarzenia(ń), natomiast jego wroga czy negatywna reakcja pogarsza stan ofiary i nasila objawy wstrząsu pourazowego. Kiedyś w leczeniu i usuwaniu skutków traumy brała udział cała społeczność, a nie odizolowane i samotne jednostki. Warunkiem powrotu do zdrowia ofiary staje się odzyskanie przez nią poczucia bezpieczeństwa i wiary w sens życia.

Goldenbergowie (2006), ujmują tę kwestię następująco: Ilekroć rodzi się niesprawiedliwość, rodzi się też oczekiwanie, że później pojawi się odszkodowanie lub zadośćuczynienie. Ofiara w jakiś sposób – choć częściowo – uwalnia się psychicznie od sprawcy krzywdy, kiedy poczuje nadzieję na jakiekolwiek zadośćuczynienie. W obliczu tego wszystkiego jawi się zatem pytanie: jak my – jako jednostki i jako globalna społeczność – chcemy zająć się naszymi/jednostek traumatycznymi doświadczeniami. I czy naprawdę chcemy? Prawdziwym lekarstwem byłoby usunięcie blizn emocjonalnych i przywrócenie poczucia bezpieczeństwa w kontaktach z ludźmi, wyleczenie psychicznych ran i powrót do obrazu samego siebie jako pełnoprawnego członka spo- łeczeństwa. Gdy taka osoba potrafi jeszcze uruchomić swoje potencjały twórcze, zacznie tworzyć siebie i poznawać istotę swojego świata, staje się zdolna do przekroczenia granic i ograniczeń narzuconych przez swój świat wewnętrzny i zewnętrzny.

Karen Horney (1999) wierzyła, że możemy poprawić relację człowieka ze sobą i ze światem. Wymaga to odwagi poznania siebie i odwagi posługiwania się tą wiedzą. Tym, co dodaje nam sił i zapewnia właściwy kierunek dążeń jest miłość, zaangażowanie w dobro wszystkich ludzi. W jednej ze swoich prac cytuje ona fragment I listu św. Pawła do Koryntian: Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, byłbym jak miedź dźwięcząca lub cymbał grzmiący. Ja powtórzę za Owidiuszem: Miłość wszystko zwycięża. Te intencje, według Urchsa (2009) mają na celu wytworzenie pewnego zamierzonego stanu świata, który odpowiadałby tak wzbudzonemu naszemu nowemu stanowi mentalnemu.

Proces terapii jest często bardzo skutecznym sposobem powrotu do zdrowia ofiary traumy i szczerze polecam. Uwolnione w trakcie traumy hormony stresu powodują nadmierne utrwalenie pamięci urazu i jego okoliczności, natomiast uświadomienie sobie wypartych procesów intrapsychicznych, wypowiedzenie tego, co boli i tak bardzo okalecza, stanowi ujście dla nagromadzonego w ciele i w naszej psychice ogromnego nacisku oraz napięcia psychicznego. Odno- śnie naszej pamięci i przechowywanych w niej wspomnień Aleksandra Żukrowska (2002) mówi: Pamięć ludzka w dziwaczny sposób porządkuje wspomnienia, jakże perwersyjnie otwiera szufladki swoich rejestrów. Jung powiedział kiedyś, wydawałoby się rzecz oczywistą (choć przecież w realizacji nie tak prostą), że człowiek myśląc w określony sposób, może poczuć się znacznie lepiej. Zauważył, że ludzie, jeśli myślą zgodnie z naturą, myślą poprawnie. Psychoterapeuci rozumiejący ludzką naturę są więc według niego – najskuteczniejsi. A są nierozumiejący jej?

Prigatano (2009) wskazuje jako główny cel psychoterapii – kształtowanie lub odbudowanie poczucia sensu i celu życia pacjenta, i według niego oczywista siła psychoterapii tkwi w umożliwieniu nawiązania emocjonalnego kontaktu z drugą osobą. Nauka o naszym świecie zewnętrznym połączona z nauką o świecie intrapsychicznym człowieka to prawdziwe wyzwanie dla współczesnej psychoterapii, a wspólnym mianownikiem dla funkcjonowania setek szkół psychoterapeutycznych jest niezwykła neuroplastyczność mózgu. Psychoterapia zwiększa integrację neuronalną poprzez wyzwania, które porządkują i poszerzają nasze doświadczenia oraz pokazują inną już bezpieczniejszą i bardziej stabilną perspektywę własnej osoby oraz świata. Zdobywanie umiejętności wprowadzania porządku w pierwotnie chaotyczny świat doświadczeń jednostki jest związany z internalizacją myśli i uczuć dotyczących tego, co właściwe lub niewłaściwe, normalne lub nienormalne, dobre lub złe. Psychoterapia to systematyczne ponowne uczenie się emocjonalne, bo doświadczenia, tak pozytywne, jak i negatywne zmieniają matryce emocjonalne naszego mózgu. Terapia jest otwarciem się na drugiego człowieka, jest szczęściem, jest spojrzeniem duszy – pacjenta i terapeuty.

Egan (2002) zauważył, iż aby pomóc innym w działaniu, terapeuta musi być agentem zmiany i wykazywać aktywność w procesie pomocy, a nie tylko słuchać i reagować. Najlepsi terapeuci są aktywni podczas sesji. Nie przestają szukać sposobów dotarcia do świata pacjenta, nakłonienia go do współdzia- łania, zarażania go własną aktywnością. Platon słusznie powiadał też, iż kto by chciał być prawdziwym lekarzem, winien sam przejść wszystkie choroby, które chce leczyć, i wszystkie przypadki i okoliczności, o jakich chce sądzić. (…) Zaprawdę takiemu bym się zawierzył; insi prowadzą nas jako ów, który maluje morza, rafy i porty, siedząc u siebie przy stole i przesuwa sobie model okrętu we wszelkim bezpieczeństwie: rzućcież go w prawdziwe działanie, a już nie wie, z którego końca brać się do tego. Miał zapewne wtedy na myśli także przyszłych „lekarzy dusz”, jakimi są psychoterapeuci.

Również w odniesieniu do psychoterapii, za Robertem Ingersollem powtórzę, iż jedyną drogą do szczęścia jest dawanie go innym. Na przykład w postaci empatycznej terapii. Ofiary traumy wtórują ponadto jednym głosem: Najlepszymi terapeutami okazali się ci, którzy uznali prawdziwość naszych doświadczeń. Bo ludzie doświadczający traumy mogą wtedy mówiąc terapeucie z pełnym zaufaniem o bliznach dzieciństwa, zrzucić długo tak bardzo obarczający ich ciężar z serca. Również o bliznach dorosłości. Walcząc z lękami samotnie człowiek formułuje mocno patologiczny obraz samodestrukcji psychicznej, natomiast opowiadanie historii urazu w bezpiecznych warunkach, np. bezpiecznego związku, relacji terapeutycznej, grupy wsparcia, może zmienić zaburzone przetwarzanie traumatycznego wspomnienia. Uraz zawstydza, piętnuje, degraduje ofiarę; grupa przywraca jej godność, poczucie zrozumienia, wsparcie.

Yalom (1989) opisuje to zjawisko jako „adaptacyjną spiralę”. Pewne uczucia, które ofiara uznała za bezpowrotnie utracone – wiara, godność, odwaga – odradzają się pod wpływem ludzkiego altruizmu. W uczynkach innych ludzi odnajduje ona zagubione części siebie i dołącza w ten sposób do ludzkiej wspólnoty. Ponieważ poznała najgorsze strony życia, teraz uczy się cenić radość, śmiech. Ma jasną świadomość, co jest ważne, a co nie. Doświadczyła zła, a teraz wie, jak wybierać dobro, uczy się celebrować życie, a nawet je kochać. Psychoterapia uczy lepszego rozumienia i wykorzystania naszego mózgu, a z perspektywy neuronauki można byłoby ją rozumieć jako szczególny rodzaj wzbogaconego środowiska służącego pobudzaniu wzrostu neuronów i integrację naszych sieci neuronowych. Wszelkie formy psychoterapii są skuteczne w stopniu, w jakim wspomagają zmiany w istotnych obwodach nerwowych.

Psychoterapeuci zakładają, że mózg jest zdolny do zmiany nawet po długim czasie od zakończenia „okresów krytycznych”. Dzięki uaktywnieniu się różnych sieci poznawczych i emocjonalnych rozdzielone funkcje zaczynają się integrować, stopniowo poddając się zdecydowanej władzy korowych funkcji wykonawczych. Integrujące narracje, które wtedy powstają, konstruowane z pomocą psychoterapeuty, dostarczają pacjentowi nową matrycę dla jego myśli, zachowań, przeżyć; tworzy się język autorefleksji pacjenta. Zaczyna on nabywać nowe umiejętności dotychczas mu obce, np. dbania o siebie – dzień po dniu. Cozolino (2004) pokazuje, iż korzystając z osiągnięć neuronauki klinicznej, psychoterapeuci tworzą wzbogacone środowisko pacjenta, pobudzające rozwój mózgu w dostosowaniu go do indywidualnych potrzeb. Aby ułatwić integrację nerwową (…) terapeuci specjalizują się w uświadamianiu klientom nieświadomego przetwarzania nerwowego (…) Rozpoznają i korygują złudzenia, zniekształcenia, mechanizmy obronne. Ujawniają ich lęki, fobie, urazy, a także inne procesy myślowe, któ- rymi mogą kierować. Dzięki temu możliwe jest połączenie obwodów jawnych i utajonych, pobudzenie świadomości, hamowanie i kontrolowanie lęku i strachu.

Jak pisze Kottler (2005): Skuteczni terapeuci to ci, którzy pokazują, że potrafią praktykować to, czego nauczają. Poukładani w sensie fizycznym, emocjonalnym oraz intelektualnym (…) ważne jest, kim jest terapeuta jako człowiek, ponieważ od niepamiętnych czasów każdy skuteczny uzdrawiacz odznaczał się charyzmą i siłą osobowości. W rzeczywistości Freud, Jung, Rogers, Perls, Erickson i wielu innych znakomitych terapeutów działali tak samo – będąc sobą i pozwalając kierować swoim postępowaniem sile własnej osobowości.

Na potwierdzenie za Lidią Grzesiuk (1998) powtórzę też, iż (…) psychoterapia pacjentów z głębokimi zaburzeniami (…) wymaga od terapeuty odseparowanego zintegrowanego, spójnego własnego ja. Zamiast teorii umysłu psychoterapeuci wykorzystują język, emocje i dostrajanie jako narzędzia zmieniające mózg. Przebudowywanie ludzkiego umysłu jest trudnym, ale fascynującym wyzwaniem dla terapeuty. Powstaje dzisiaj nowy paradygmat psychoterapeuty jako specjalisty w dziedzinie neuronauki. Wraz ze wzrostem wiedzy o plastyczności nerwowej i neurogenezie wzrastają umiejętności oddziaływania na mózg i modyfikowania go poprzez zwiększenie jego plastyczności w procesie terapeutycznym.

Ken Wilber (1991) pisze: Metoda leczenia – zwłaszcza metoda zwana jako kognitywna – polega na wykorzenieniu (…) mitów i przeciwstawieniu ich racjonalnym dowodom. Nazywa się to „przepisywaniem scenariusza”. Dodam – metoda skuteczna. Związek między zaburzeniami funkcji psychicznych a autonomicznymi strukturami mózgowymi jest nadal coraz dokładniej badany, lecz jednocześnie bardzo aktywnie rozwinął się nowy dział nauki – neuropsychologia poznawcza. W tym ogólnym obszarze pojawiła się dalsza specjalizacja, a mianowicie neuronauka poznawcza (cognitive neuroscience) (2008). Rozumienie związku między objawami zaburzeń psychicznych a źródłowymi procesami neurobiologicznymi przyczynia się do zwiększenia udziału neuronauki w diagnozowaniu i leczeniu zaburzeń psychicznych o różnej etiologii.

Z perspektywy neurobiologicznej warto byłoby zapewne bardziej staranniej i uważnej przyglądać się temu (o ile jesteśmy w stanie to kontrolować), jakim wrażeniom umożliwiamy dostęp do naszych umysłów, a jakim nie. W terapii zmienia się dla pacjenta coś bardzo fundamentalnego, co dotyczy całej jego istoty; coś, dzięki czemu przeorganizowuje on swoje traumatyczne doświadczenia i dociera do swoich prawdziwych potrzeb. Coś, co uspokaja myśli, ale zarazem wzbudza w pacjencie nadzieję na życie, na radość, na prawie cud… Pacjent staje się bowiem wreszcie podmiotem… Jego umysł staje się bardziej zrównoważony, działania silniej zintegrowane.

Bernie Siegel (1998) przywołuje w tym względzie słowa Goethego: Jeśli traktujesz człowieka takim, jaki jest, nadal sobą pozostanie. Jeśli jednak będziesz traktować go takim, jaki mógłby być, stanie się on tym, kim mógłby być. Bo człowiek nie staje się sam z siebie. Dzięki niej (terapii) mój umysł stał się znacznie bardziej otwarty i zacząłem całkiem inaczej patrzeć na zachowanie ludzi w sferze społecznej i politycznej, co – jak mi się wydaje – nadało sens sprawom, których poprzednio w ogóle nie mogłem zrozumieć.

Lecz za największą korzyść, najważniejszą rzecz, dzięki której odzyskałem radość życia uważam to, że wszystkie problemy przeżywam teraz znacznie łagodniej i łatwiej sobie z nimi radzę – tak opisuje sukces swój (i swego terapeuty) John Cleese. Bo przecież nasz nastrój ma wpływ na przetwarzanie w mózgu informacji, ich deformację lub synchronizację. Te życiowe głębokie traumy pogłębiają bowiem naszą indywiduację, wyostrzają świadomość i rozumienie świata, ale kiedyś wreszcie trzeba je opłakać i złożyć na wieczny spoczynek. Niektóre wciąż jeszcze potrzebują żałoby… Ostatecznie na ranę należy położyć szwy i pozwolić się jej zabliźnić.

Gniew też może być nauczycielem i czasem przewodnikiem, iść w parze z troską o to, co najważniejsze i inspirować nas do zdobywania wiedzy o świecie bolesnej duszy i psychiki. Nawet gniew na tych, którzy pozostali bezduszni, ślepi, głusi i obojętni na wołania ofiary, na jej los… Pacjent po zrekonstruowaniu historii urazu i skonstruowaniu nowej interpretacji traumatycznego doświadczenia odbywa uzdrawiający proces żałoby. Uporawszy się z traumatyczną przeszłością ofiara urazu staje przed zadaniem budowania swojej przyszłości, rozwinięcia swojego nowego ja. Jej nowa tożsamość musi siłą rzeczy zawierać okruchy, większe czy mniejsze wcześniejszego zniewolonego ja. Bardzo potrzebuje wtedy pomocy drugiego, empatycznego człowieka. Bardzo ważne jest, by wytworzyć taki rodzaj samodzielności i świadomości w postawach pacjentów oraz w ich rodzinach, pomagając im osiągnąć wewnętrzny spokój i pewną równowagę psychiczną, które ułatwią pokonanie życiowych problemów. Mózg może się wtedy zreorganizować i stajemy się wówczas innymi, już prawie kompletnymi ludźmi.

Bo jak przypominają nam Myla i Jon Kabat‑Zinn (2008), umysł ludzki jest jak powierzchnia oceanu wzburzona sztormem, smagana wichrem i deszczem, nasze reakcje są burzliwe, ale pod spienionymi falami tkwią głębokie rejony spokoju, jeśli tylko umiemy do nich dotrzeć. Wyjście z klatki wymaga jednak odwagi – wtedy naprawdę bardzo mogą w tym nam pomóc inni, empatyczni, wrażliwi ludzie.

Anna Salter uważa, że terapia to nie jest zwykły akt usunięcia bólu, lecz nauka, jak żyć z nim, w nim i mimo tego; jak wreszcie zaryzykować otwarcie się, które uwalnia od traumy. Również integracji ze wspólnotą ludzką i osiągnięcia równowagi, bo wcześniej ofiary uczyły się tylko, jak przetrwać.

Clarissa Estes (2001) docenia ten ich ogromny wysiłek: (…) Bo że się przetrwało – to jest to naprawdę duże osiągnięcie… By potem przejść do fazy kwitnienia i pełni… Gdzie ofiara może nadawać sobie nowe imiona, które rzucają wyzwania światu (…) przyjrzeć się prawdziwej naturze życia i własnej tożsamości. Przejrzeć pozory stwarzane przez ludzi i rzeczy. Bo żeby się wyróżnić, najpierw trzeba zaistnieć… A w chwili swej najlepszej formy mówią nawet, że trauma rozwija zdolności twórczej adaptacji… Bo „tamto” było już dawno, dawno temu…

Podzielam też tutaj refleksję Siegel’a: Doszedłem do przekonania, ze rozwiązanie konfliktów (w tym wewnętrznych – przyp. aut.), autentyczna samorealizacja, świadomość własnej duchowości i miłość wyzwalają niewyobrażalną energię, które pobudzając procesy biochemiczne, sprzyjają odzyskaniu zdrowia. Bo człowiek jest tak stworzony, że gdy coś zapala jego duszę… niemożliwości znikają (La Fontaine). Ja też jestem o tym przekonana. A sokratejskie Gnothi seauton to kamień węgielny nie tylko naszej inteligencji emocjonalnej, lecz przede wszystkim to wyraz naszego poszukiwania, jak i rozumienia siebie.

I również powtórzę za Rilke, Seassonem (i na pewno wielu, wielu innymi): Jest tylko jedna podróż. Podróż wgłąb siebie. A Sacks dzieli się w tym względzie następującą refleksją: (…) Kryzys zawiódł mnie do Kanta. Znalazłem u niego to, czego nie mogły zapewnić mi analizy – pojęcie intuicji syntetycznych (apriori), które umożliwiają, organizują i nadają sens doświadczeniu; apriorycznych intuicji przestrzeni i czasu, które strukturalizują doświadczenie i wspierają doświadczającą jaźń.

Podstawy, których dostarczały mi owe sformułowania, nazwałem ontologią kliniczną albo neurologią egzystencjalną – neurologią ja, będącego w stanie dysocjacji i kreowania jaźni. Praca nad wywołanymi wstrząsem pourazowym, alienacją i dezintegracją ofiary wymaga określonych strategii społecznych, pomocy i wsparcia drugiego człowieka. Myślę, że przede wszystkim dlatego powinniśmy zmodyfikować nasze społeczne struktury, aby odzwierciedlały rodzaj „współczującej obecności” – takiej, która może pomóc tym tak okrutnie okaleczonym psychicznie ludziom ponownie połączyć się ze światem innych ludzi. Powinniśmy, jako istoty ludzkie, rozpoznać naszą zdolność do wspierania innych w procesie transformowania traumy.

Przebudzić się, dokonać przemiany w swojej świadomości i pokonać emocjonalną ślepotę, bo właśnie owa „ślepota” na wyparty ból dzieciństwa (i późniejszy) często napędza światową machinę przemocy, wojen, terroru. Zauważyć wreszcie CZŁOWIEKA w CZŁOWIEKU. Karol Wojtyła tak to ujmuje: …Człowieku, w którym każdy człowiek może odnaleźć zamysł najgłębszy i korzeń własnych uczynków… do Ciebie – Człowieku – stale docieram przez płytką rzekę historii, idąc w kierunku serca każdego, idąc w stronę każdej myśli. Bo nowa tożsamość wczorajszej ofiary musi siłą rzeczy zawierać okruchy, większe czy mniejsze naszego wcześniejszego zniewolonego ja, więc sami nie damy rady.

Bo, idąc za myślą Kojdera (2005): Pełnia ludzkiej osoby kształtuje się wskutek spotkania z drugim człowiekiem. (…) Jakkolwiek widujemy się często, to spotykamy się znacznie rzadziej. Bo przecież dusza zawarta jest też w rozumiejącym i rozumnym spojrzeniu człowieka na drugiego cierpiącego człowieka. Przy wsparciu innych oraz obdarzeniu ofiar empatią i zaufaniem, zapewnieniem, że „to nie ich wina”, mogą one dosłownie strząsnąć z siebie stan unieruchomienia i odrzucić wszystkie destrukcyjne emocje, takie jak wstyd, wściekłość, rozpacz i… mogą urodzić się na nowo… Doświadczać radości bycia w pełni człowiekiem, przeżywać wreszcie największy dar – życie – w spokoju, bezpieczeństwie i stabilności. Pożegnać na zawsze depresję, dysforię, dysocjację, depersonalizację i derealizację, aleksytymię, objawy wytwórcze, syndrom wyuczonej bezradności, syndrom wyrównania rachunków, zaburzenia hormonalne, nadciśnienie tętnicze…

Zacząć wreszcie chronić i leczyć okaleczoną duszę, o której tak poruszająco pisze Erich Fromm (2001).

Reinhard Stalmann (2008), psychosomatyk, mówi, że kiedy cierpi dusza, choruje ciało; Clarissa Estes (2001) zaś, że mieszkańcy Afryki Zachodniej wierzą, że surowe obchodzenie się z dzieckiem sprawia, że jego dusza ucieka; czasem tylko na parę metrów, a czasem bardzo daleko.

Bo, wskazując na przyczyny, jak mówi Don Juan – bohater Castanedy (2010): Przecież zabijamy bez żadnego powodu, w imię Boga palimy bliźnich, niszczymy samych siebie, tępimy żywe istoty i zatruwamy ziemię (…) Nie dlatego, że jesteśmy źli, ale dlatego, że jesteśmy głupi. O tak, człowiek ma ciemną stronę, która nazywa się głupota. A co wtedy z naszą świadomością? Przecież: Świadomość uważana jest za źródło prawdziwego człowieczeństwa, czyli tego, co jest najlepsze w człowieku – tak ujmuje tę kwestię Halina Romanowska‑Łakomy (2001).

Castaneda ustami swego bohatera porównuje ludzką świadomość do pełnego duchów zamku. Zwykła świadomość jest jak spędzenie całego życia w jednym zapieczętowanym pokoju. Dokonaniem człowieka staje się wybranie przez niego wolności – tego, że nie tylko opuszcza on ów „zapieczętowany” pokój, ale też rezygnuje z błąkania się po tym wielkim nawiedzonym zamku i wychodzi na zewnątrz. Mówi dalej: Pamiętaj jednak, że Twoje działania stracą sens, gdy zabraknie ci przytomności umysłu (…) Zatrzaśnij drzwi wyobrażeń o sobie. Bądź nieskazitelny, a spłynie na ciebie energia, dzięki której dotrzesz do miejsca milczącej wiedzy.

Alice Miller, orędowniczka pracy nad poszerzaniem zbiorowej świadomości wyraziła pogląd (i zapewne ma rację), że póki cała społeczność nie zda sobie sprawy, że codziennie popełnia się niezliczone morderstwa duchowe, od których skutków cierpieć będzie cała ludzkość, będziemy błądzić w ciemnym labiryncie – mimo wszystkich podejmowanych w najlepszej wierze planów rozbrojeniowych. Sukces i zmiany nieodłącznie zależą od stanu świadomości, z którego wypływa nasze działanie. Tym stanem np. może być siła naszego ego, albo też wyostrzona uwaga na cierpienie drugiego człowieka naszej przebudzonej świadomości. To mądrość słyszenia, myślenia, rozumienia i odczuwania, mądrość wiedzy, również wiedzy o naszym mózgu.

Już na przełomie VI–V w. p.n.e Alkmeon z Krotonu, uczeń Pitagorasa, lekarz, anatom i filozof – pierwszy potraktował mózg jako centralny organ zmysłów, a w konsekwencji uznał, iż nasz mózg musi być siedliskiem myśli. Odkrycie to pokrywało się z wynikami badań dwu egipskich anatomów, Herofilesa i Erazystrosa.

Hipokrates (ok. 460–377 p.n.e.), z którym zgadzał się również Platon (428–348 p.n.e.), napisał, że trzeba nam wiedzieć, że z mózgu samego płyną nasze przyjemności, radości, śmiech i wesołość, a także nasze smutki, bóle, żałości i łzy. Twierdzę za nimi, że mózg – siedlisko naszych myśli – jest też interpretatorem świadomości. Nasz mózg organizuje całość naszego doświadczenia, a jego zrozumienie pozwala nam lepiej poznać umysł. Jego przestrzeń, meandry, wielkie, czyste niebo umysłu…

Według Tolle’a: Mózg człowieka jest bardzo zróżnicowaną formą (…) nie wytwarza świadomości, ale to ona, by siebie wyrazić stwarza mózg, najbardziej złożoną formę materialną na ziemi. Ze względu jednak na swą ogromną złożoność rozwoju i funkcjonowania, mózg jest bardzo wrażliwą strukturą; jest przy tym wciąż narażony na rozregulowanie i dezorganizację.

Wraz ze wzrostem wiedzy o plastyczności nerwowej i neurogenezie wzrastają umiejętności oddziaływania na niego i modyfikowania go poprzez zwiększenie jego plastyczności w procesie terapeutycznym. To dobrze, wspaniale, że w latach 60. XX w. Joseph Altman, neuronaukowiec z Massachusetts Institute of Technology odkrył neurogenezę dorosłych, bo zdolność mózgu do reorganizowania się może pomóc przeciwdziałaniu zaburzeniom potraumatycznym i redukowaniu konsekwencji traumy. Bo dzięki naszemu wspaniałemu mózgowi, który nie jest niezmienny, po przeżyciu przytłaczających wydarzeń mamy nadal wrodzone zdolności do adaptacji i normalizacji (z odpowiednią pomocą innych ludzi). Bo również może wkrótce obudzi się w nas zbiorowa świadomość pragnienia niesienia pomocy tym tak straszliwie skrzywdzonym ludziom – wszelkimi możliwymi sposobami – w ich odnalezieniu siebie samych i rozwinięciu pełni osobowości, w ich wyzwoleniu i kultywowaniu tych sił, które kierują nas wszystkich ku samourzeczywistnieniu. Dla takiego działania wspólne zsynchronizowanie neuronów przy wykorzystaniu pełni naszego człowieczeństwa to bardzo szczytne wyzwanie.

Elastyczność naszych umysłów i neuroplastyczność mózgu nam w tym zapewne pomoże. A rozumienie możliwości i ograniczeń naszego mózgu to jeden z podstawowych etapów rozwoju świadomości człowieka. Bo świadomość to przestrzeń, w której istnieją myśli, kiedy przestrzeń ta staje się świadoma sama siebie. Kiedy świadomość zaczyna przejmować rolę myślenia, zaczyna się zmiana.

O tej zmianie w świadomości Wirginia Satir (2002) mówi: Wierzę, że nastąpi ona w chwili, gdy zaczniemy dostatecznie kochać i cenić samych siebie oraz gdy uznamy siebie za istoty obdarzone duchem. Myślę też, że wtedy, kiedy otworzymy nasze oczy i serca… Na współczucie, wzajemność, wrażliwość, szlachetność, subtelność… Ludzie wreszcie wtedy będą mogli odsłonić te części siebie, które dotąd utrzymywali w ukryciu, gdyż sądzili, że z ich powodu nie zasługują na miłość; odważyć się więc w ślad za owym Gnothi seauton – na pełne poznanie siebie Właśnie istotą tego, kim jest człowiek, jest świadomość. Gdy na ziemi zacznie się rodzić nowa współczująca świadomość, coraz więcej ludzi będzie się budzić do niej. Najważniejszym elementem tworzenia tego rodzaju nowego myślenia jest świadomość, a świadomość przecież już jest świadoma.

Eckhart Tolle (2005) powiada przy tym: Nie możesz utracić świadomości, ponieważ jest ona właśnie tym, kim jesteś. Możesz stracić tylko to, co posiadasz, a nie coś, czym jesteś. Wyzwaniem dla rozszerzenia świadomości jest wyjście poza nasze odruchy, lęki, uprzedzenia – do pełniejszego odczucia siebie i innych. Zaczyna tworzyć się fundament. Sri Nisargadatta podsuwa nam tutaj inspirujący pomysł: Szukaj, odnajduj, usuwaj i odrzucaj każde powzięte z góry założenie, aż dotrzesz do żywych wód i litej skały prawdy (…) Opieraj się swoim dawnym nawykom odczuwania i myślenia. Więc proszę, nie bój się, zaufaj i popatrz wgłąb siebie, coś w sobie porzuć, coś odkryj… I nie słuchaj ludzi małego serca…

Bo jak powiedział Platon: Prawdziwy miłośnik wiedzy zawsze dąży do istoty bytu (…) Nie spocznie on pośród mnogich zjawisk, których istnienie pozorem jest jedynie. I Obym tylko mógł stawać się mocniejszy, prostszy – bardziej cichy i serdeczny mówił też już kiedyś Dag Hammarskjöld. Odczucie wspólnego nam wszystkim człowieczeństwa, rozumienie smutku drugiego skrzywdzonego człowieka, współczucie dla ogromu jego przytłaczających przeżyć, rozwijanie kultury łagodności – to wielkie i tak potrzebne mu wsparcie emocjonalne. Empatia, życzliwość, optymizm, entuzjazm, cenienie niepowtarzalności swojej i innych oraz poczucie ludzkiej wspólnoty to przeciwdziałanie okrucieństwu. Bo dusza – pragnę to podkreślić jeszcze raz – zawarta jest (również) w rozumiejącym spojrzeniu człowieka na drugiego cierpiącego człowieka. Ale nasze cierpienie ma także ogromną moc wzbudzania współczucia. Z neurobiologicznego punktu widzenia powtarzanie nawyku współczucia dla innych zmienia przekaźnictwo międzykomórkowe i połączenia mózgowe w taki sposób, iż cel ten staje się na poziomie mózgu rzeczywistością. Konieczne jest wielokrotne powtarzanie ćwiczeń; w końcu nie wymaga to już żadnego wysiłku – zmiany w mózgu stają się trwałe. Piękna metafora obrazując ten stan mówi o materiale nasiąkniętym oliwą, której nie można już wtedy oddzielić od tkaniny. Trauma jest (była) częścią naszego życia, okrutnym piętnem, ale nie musi już być wyrokiem; świat nie jest teatrem tylko ze złymi rolami. I powtórzę za Bartkiem Wroną: … Zrób tyle, ile możesz. Zrób jeden krok… Daj sobie czas… (Bo)… Czas nie istnieje… Droga nie ma końca… Po prostu bądź… I nie ma takiego wyjścia, którego nie dałoby się przerobić na wejście… I ludziom, którzy przeżyli traumę życzę z całego serca wytrwałości, siły, wspaniałych Przyjaciół w potrzebie i miłości.

 

Piśmiennictwo tematu wykorzystane i sugerowane

1. Adler G.: Borderline psychopatology and its treatment. Jason Aronson, New York 1985. 2. Amen D.G.: Zadbaj o mózg. Rebis, Poznań 2010.

3. Bauer J.: Empatia. PWN, Warszawa 2008.

4. Beisert M.: Kazirodztwo. Scholar, Warszawa 2004.

5. Bradshaw J.: Powrót do swego wewnętrznego domu. Medium, Konstancin‑Jeziorna 2008. 6. Brizendine L.V.M.: Mózg kobiety. Media, Gdańsk 2006.

7. Calvin H.S., Lindzey G.: Teorie osobowości. PWN, Warszawa 2002.

8. Castaneda C.: Potęga milczenia. Rebis, Poznań 2010.

9. Cozolino L.J.: Neuronauka w psychoterapii. Zysk i S‑ka, Poznań 2004.

10. Dudek Z.W.: Podstawy psychologii Junga. Od psychologii głębi do psychologii integralnej. Eneteia, Warszawa 2002.

11. Dudek B.: Zaburzenie po stresie traumatycznym. GWP, Gdańsk 2003.

12. Egan G.: Kompetentne pomaganie. Zysk i S‑ka, Poznań 2002.

13. Epstein M.: Rozpad bez dezintegracji. Rebis, Poznań 2001.

14. Estes C.P.: Biegnąca z wilkami. Zysk i S‑ka, Poznań 2001.

15. Fox M.: Coraz mniej milczenia. Siedmioróg, Wrocław 2004.

16. Fraser S.: My father’s house: A memoir of incest and of healing. Harper i Row, New York 1987.

17. Freud Z.: Psychopatologia życia codziennego. Marzenia senne. PWN, Warszawa 1997. 18. Fromm E.: Ucieczka od wolności. Czytelnik, Warszawa 2001.

19. Goldenberg H., Goldenberg I.: Terapia rodzin. Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2006.

20. Goldstein G., van Kamen V., Shelly C., Miller D.J., van Kammen D.P.: Survivors of imprisonment in the Pacific theater during World War. Am J Psych. 1987, 144 (9), 1210–1203.

21. Goldstein E.G.: Zaburzenia z pogranicza. GWP, Gdańsk 2003.

22. Goleman D.: Inteligencja emocjonalna. Media Rodzina, Poznań 1997.

23. Goleman D.: Emocje destrukcyjne. Rebis, Poznań 2003.

24. Gronkowski M., Śpila B., Gronkowska E., Karakuła H., Przywara G., Pawęzka J.: Zaburzenia psychiczne u pacjentki wykorzystywanej seksualnie w dzieciństwie. Psychiat Pol. 2007, 41, 4, 2007.

25. Psychoterapia. Red. L. Grzesiuk. PWN, Warszawa 1998.

26. Herman J.L.: Uraz psychiczny i powrót do równowagi. GWP, Gdańsk 1998.

27. Hill E.: The family secret: A personal account of incest. Capra Press, Santa Barbra 1984.

28. Hilberman E.: The wife “beater’s wife” reconsidered. Am J Psychiatry. 1980, 137 (11), 1336–1347.

29. Horney K.: Neurotyczna osobowość naszych czasów. Rebis, Poznań 1999.

30. Horney K.: Nerwica a rozwój człowieka. Rebis, Poznań 2000. WPŁYW TRAUMY NA PSYCHIKĘ. PSYCHOTERAPIA OFIARY 119

31. Horowitz M.J.: Stress response syndromes. Jason Aronson INC, Northvale–New Jersey–Londyn 1986.

32. Kabat‑Zinn M., Kabat‑Zinn J.: Dary codzienności. Instytut Psychoimmunologii, Warszawa 2008.

33. Kaplan H.I., Sadock B.J., Sadock V.A.: Psychiatria kliniczna. Urban & Partner, Wrocław 2004.

34. Kępiński A.: Psychopatologia nerwic. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002.

35. Koch C.: Neurobiologia na tropie świadomości. Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008.

36. Kojder I.: Śmierć mózgu – śmierć człowieka, Rozważania parergiczne neurochirurga u „schyłku”. W: Drogi pacjenta drogami lekarza. Red. M.J. Siemińska. Wyd. Pomorskiej Akademii Medycznej, Szczecin 2005.

37. Kottler J.A.: Skuteczny terapeuta. GWP, Gdańsk 2005.

38. Lewis M., Haviland‑Jones J.M.: Psychologia emocji. GWP, Gdańsk 2005.

39. Levenkron S., Levenkron A.: Skradzione jutro. Jacek Santorski & Co, Warszawa 2009. 40. Memon A., Vrij A., Bull R.: Prawo i psychologia. GWP, Gdańsk 2003.

41. Miller A.: Zniewolone dzieciństwo. Media Rodzina, Poznań 1980.

42. Niehoff D.: Biologia przemocy. Media Rodzina, Poznań 2001.

43. Opfer H.: Kato‑tata. Nie‑pamiętnik. Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009.

44. Ornish D.: Miłość i przetrwanie. Jacek Santorski & Co, Warszawa 1998.

45. Prigatano G.P.: Rehabilitacja neuropsychologiczna. PWN, Warszawa 2009.

46. Rachman S.: Zaburzenia lękowe. GWP, Gdańsk 2005.

47. Rhodes R.: A hole in the world: an american boyhood. Simon i Schuster, New York 1990.

48. Romanowska‑Łakomy H.: Droga do człowieczeństwa. Wydawnictwo A, Kraków 2001. 49. Sacks O.: Stanąć na nogi. Wydawnictwo Zysk i Ska, Poznań 1984.

50. Salmon P.: Psychologia w medycynie. GWP, Gdańsk 2002.

51. Salter A.C.: Pokonywanie traumy. Media Rodzina, Poznań 2003.

52. Samochowiec A., Samochowiec J., Wojciechowski B.: Rola myślenia magicznego w obronie przed lękami. Via Medica, Gdańsk 2004.

53. Sarzała K.: Dziecko w ośrodku interwencji kryzysowej. W: Dziecko Krzywdzone. 2004, nr 9, 44–45.

54. Satir W.: Rodzina. Tu powstaje człowiek. GWP, Gdańsk 2002.

55. Schier K.: Bez tchu i bez słowa. GWP, Gdańsk 2005.

56. Schore A.N.: Affect regulation and the origin of the self: The neurobiology of emotional development. Hillsdale, New York 1994.

57. Sęk H.: Psychologia kliniczna, t. 1. PWN, Warszawa 2008.

58. Siegel B.: Miłość, medycyna i cuda. Limbus, Bydgoszcz 1998.

59. Siegel D.J.: Developing mind: Toward a neurobiology of interpersonal experience. Guilford, New York 1999.

60. Skynner R.,. Cleese J.: Żyć w rodzinie i przetrwać. Jacek Santorski & Co, Warszawa 1992.

61. Strelau J., Zawadzki B., Kaczamarek M.: Konsekwencje psychiczne traumy, uwarunkowania i terapia. Scholar, Warszawa 2009.

62. Tolle E.: Nowa Ziemia. Przebudzenie do świadomości sensu życia. Medium, Konstancin‑Jeziorna 2005.

63. Urchs M.: O procesorach i procesach myślowych. Elementy kognitywistyki. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2009.

64. Walsh K., Darby D.: Neuropsychologia kliniczna Walsha. GWP, Gdańsk 2008.

65. Wrona M.B.: Jest dobrze, książeczka do psychoterapii. Nowy Horyzont, Warszawa 2011. 66. Wilber K.: Śmiertelni, nieśmiertelni. Jacek Santorski & Co, Warszawa 1991.

67. Yalom I.D.: Lov’s executioner and other tales of psychoterapy. Basic Books, New York 1989.

68. Yapko M.: Kiedy życie boli. GWP, Gdańsk 1996.

69. Zimbardo P.G.: Psychologia i życie. PWN, Warszawa 1999.

70. Żukrowska A.: Powrót do źródeł wiedzy. Scholar, Warszawa 2002.